Wczoraj wieczorem, kiedy ok. 20:00 wróciłam wreszcie do domu z nadzieją na chwilę odpoczynku zadzwoniła do nas pani, która poinformowała o suczce, która od ok. 10 dni codziennie siedzi przy Dino w Dłutowie. Nawet nie zdążyłam wejść na podwórko. Wsiadłam ponownie do auta i pojechałam do Dłutowa. 30 km w jedna stronę.

Na miejscu psiaka nie było. Objechałam wszystkie okoliczne uliczki, potem dalsze uliczki, potem uliczki w polach – psiaka ani śladu.

Wróciłam pod Dino i zapytałam panie pracujące w sklepie i okazało się, że faktyczne: sunia przychodzi od wielu dni, próbuje wejść do sklepu, siada w wejściu, bo tam jest dmuchawa z ciepłym powietrzem.

Głodna, zmarznięta, próbuje w ten sposób znaleźć sobie schronienie. Panie oczywiście, co jakiś czas “wypraszają” ją ze sklepu, bo w sklepie pies siedzieć nie może.

A już zdecydowanie, wtedy kiedy sklep jest zamykany. Ale rano sunia znowu czeka przed sklepem. Według pań, ewidentnie wyrzucona z samochodu. Najgorsze, ze sklep leży przy bardzo ruchliwej drodze, a sunia przebiega też na leżącą po drugiej stronie drogi stację.

Niestety nasz dość długie poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Zostawiłam więc numer telefonu i pojechałam do domu. 30 km drogi powrotnej.

Kiedy dotarłam do domu, trochę zmartwiona o los suczki, ale też z nadzieją, że wreszcie coś zjem, napiję się czegoś ciepłego i odpocznę, zdążyłam tylko zdjąć buty (kurtki już nie) i zadzwoniła pani z Dino w Dłutowie, że suczka znowu pojawiła sie pod sklepem. Założyłam więc buty i pojechałam do Dłutowa. 30 km w jedną stronę.

Poprosiłam też panie, żeby zamknęły gdzieś suczkę, żebym znowu nie jechała na próżno. Dojechałam na miejsce i sunia na szczęście też na mnie czekała.

Gorąco podziękowałam paniom za zaangażowanie i chęć pomocy, wzięłam sunię na smycz i zaprowadziłam do samochodu. Dobrze przypięłam w samochodzie, żeby przy otwieraniu drzwi mi nie uciekla, zamknąłam drzwi i ruszyłam na drugą stronę samochodu, żeby wsiąść. I wtedy usłyszałam złowieszcze “klik”. To sunia, która weszła między siedzenia, nadepnęła na przycisk, który blokuje od wewnątrz drzwi.

W całym samochodzie trafiła akurat na przycisk, który ma długość 2 cm! I tym samym zablokowała od środka drzwi. A karta do ich odblokowania oczywiście została w środku. A żeby było weselej uruchomiła też światła awaryjne.

I tak zostałam na parkingu pod Dino z zamkniętym , wesoło mrugającym samochodem, sunią i moim telefonem w środku.

Na szczęście panie z Dino nie zdążyły jeszcze odjechać do domów, więc litościwie zadzwoniły do mojego męża, żeby przyjechał mnie uratować tj. przywiózł zapasową kartę pozwalającą się dostać do samochodu.

Kolejne 30 km – tym razem pokonane przez mojego męża. Przyjechał po ok. 2 godzinach, bo cudowna nawigacja skierował go na koniec świata. 

Po oderwaniu się od asfaltu przed Dino, do którego zdążyłam już przymarznąć otworzyliśmy samochód i ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem 2 x 30km, bo dwoma autami. W sumie zrobiliśmy ok. 180 km.

A sunia? Cały czas słodko spała, bo na moim siedzeniu znalazła kocyk a wcześniej jadąc po nią przytulnie nagrzałam jej samochód.

Gdyby ktoś opowiedział mi tę historię, chyba sama bym nie uwierzyła. 

To kolejny pies pod naszą opieką. Wierzymy, że uda nam się dopisać happy end w tej historii. Ale z czego mamy zapłacić za jej sterylizację, profilaktykę zdrowotną, utrzymanie do czasu znalezienia domu? Bardzo prosimy Was o pomoc. Każda złotówka pomaga!