
Pieska zobaczyłam na ul. Piłsudskiego w Pabianicach. Początkowo pomyślałam, że to może okoliczny psiak, którego ktoś bezmyślnie wypuszcza, zwłaszcza w taką pogodę. Piesek przemieszczał się powoli, szedł przed siebie i cały czas miałam nadzieję, że jednak idzie do domu. Ale jak zawsze, postanowiłam to sprawdzić. Wchodził na otwarte posesje ale z każdej jednak wychodził i szedł dalej. Na szczęście było dziś dość ślisko i samochody jeździły powoli, bo niestety też wychodził, co chwilkę na jezdnię. Postanowiłam spróbować go “zagadać” ale wtedy zaczął uciekać. I wiedziałam już, że łatwo nie będzie. Zadzwoniłam po męża – “mistrza” łapania a czekając zaczęłam rzucać psu jedzenie. Niestety było to możliwe tylko przez okno z jadącego samochodu, ponieważ każda próba wyjścia z samochodu kończyła się ucieczką psa. A jedzenia rzucanego z samochodu się nie bał i o dziwo, czekał na nie cały czas w tym samym miejscu, co dawało mi czas na dojazd Piotra na miejsce. W między czasie postanowiłam jednak poszukać wsparcia i zadzwoniła do Straży Miejskiej w Pabianicach. Obiecano mi, że przyjedzie pan, który ma podpisaną umowę z miastem na wyłapywanie zwierząt. Wcześniej poprosiłam, żeby pan skontaktował się ze mną telefonicznie, to opiszę sytuację, miejsce gdzie siedzi psiak i ustalimy, jak najlepiej będzie go złapać. Niestety pan nie zadzwonił a kiedy przyjechał na miejsce i poprosiłam, żeby spokojnie przejechał koło psa i wrócił, żeby ustalić, co dalej, niestety był “mądrzejszy” i postanowił podjechać samochodem do psa i wysiąść tuż przy nim. I oczywiście tak go wystraszył, że pies w popłochu uciekł. Po czym “specjalista od łapania zwierząt”, zatrudniony przez Urząd Miasta Pabianice wsiadł w samochód i odjechał stwierdzając, że “przecież nie będzie ganiał psa po polach”. Dramat! Kompletny brak wiedzy, umiejętności a na dodatek jakichkolwiek chęci i zaangażowania.
Na szczęście psiak nie odbiegł zbyt daleko a na dodatek wszedł na otwartą posesję. Mieliśmy ogromną nadzieję, że jest ona dobrze ogrodzona. Okazało się też, że właściciele posesji, których nie było w domu zobaczyli nas na monitoringu i przyjechali zobaczyć, co się dzieje, mimo iż byli akurat na pogrzebie. Na szczęście okazało się, że to wspaniali ludzie, którym los psiaka nie był obojętny i mimo iż sami wrócili na pogrzeb pozwolili nam łapać psiaka na swojej posesji. Najważniejsze było to, że posesja była ogrodzona i pies nie będzie już wybiegał na jezdnię. Trochę gorsze było to, że posesja była ogromna a śnieg do kolan, co zdecydowanie utrudniało nam gonitwę za coraz bardziej przestraszonym psiakiem. Kilka razy wydawało się, że już jest blisko i podejdzie, ale za każdym razem przestraszony jednak uciekał. Aż popełnił “błąd taktyczny” i wbiegł w wąskie przejście między ogrodzeniem i szklarnią. No a my już tam byliśmy! Z obu stron! I to była jedna szansa na 1000, która pozwoliła nam złapać malucha w podbierak. Ja złapałam! Radość bezcenna. Jakbym wygrała w Totka!



Jest to najprawdopodobniej psiak, który już od bardzo dawna błąkał się w okolic Portu Łódź i Pabianic. Jak przetrwał te ogromne mrozy? Aż trudno sobie wyobrazić. Najważniejsze, że jest już bezpieczny. I jak zwykle zadziałał jakiś dziwny przypadek. Bo w tym miejscu miało mnie dziś wcale nie być.
https://www.facebook.com/groups/ZaginioneLodz/posts/26500461659540497/
https://www.facebook.com/groups/ZaginioneLodz/posts/26301364076116924
Takie akcje ratunkowe wymagają środków. Na dojazd, na sprzęt, potem na utrzymanie psa do czasu znalezienia domu. Na kastrację, szczepienia, czasami leczenie.
Prosimy, pomóżcie nam działać dalej. Wpłać dowolną kwotę na zbiórkę
lub wyślij BLIK Fundacja Azyl 669705010