Jeśli szukacie w Łodzi pomocy dla kota, który utknął na drzewie, przygotujcie się na dłuższą batalię. Bo generalnie większość służb jest nastawiona na wyjaśnienie Wam, dlaczego nic nie zrobią.
Mamy za sobą taką akcję, więc opiszemy Wam, co Was w takiej sytuacji czeka.

Zgłoszenie otrzymaliśmy od prywatnej osoby, która widząc kota drugi dzień na drzewie w tym samym miejscu uznała, że powinna coś zrobić. Słusznie? Wydaje się, że tak. I to pierwsze “błędne założenie”. Bo według służb, “jak wszedł, to i zejdzie”. Każdy, kto zajmuje się kotami, wie że niekoniecznie, ale przecież pani ze 112 wiedzą lepiej. Ale po kolei …

Zanim pani zaniepokojona losem kota zadzwoniła do nas, “odbiła się” od wszystkich służb, od których oprócz “dobrych” rad nie uzyskała niczego. Postanowiłam zatem ja spróbować, bo przecież fundacji, jako organizacji nie zlekceważą. Nic bardziej mylnego.
Pierwszy mój telefon był do Straży Miejskiej oddziału Animal Patrolu. Dowiedziałam się, że na teren prywatnej posesji nie wchodzą, jak znajdziemy właściciela i przyjedzie, to może przyjadą ale i tak nic nie zrobią, bo “po drzewach nie chodzą”. No to pierwsze pytanie, jak mamy ustalić właściciela? To chyba raczej służby mają taką możliwość, a nie prywatne osoby? A po drugie, jak nie chodzą po drzewach, to na czym miałaby polegać pomoc. Zostaliśmy odesłani na Policję, bo “oni mogą ustalić właściciela i wezwać Straż Pożarną”. Pani ze Straży Miejskiej podała mi kontakt na “odpowiedni” posterunek z numerem komisariatu i nawet nazwą ulicy, przy której się znajduje. Usłyszałam, że “pani działała w kilku organizacjach, 8 lat jeździła w Animal Patrolu, więc się zna”. Nie prosiłam o te informacje, nie bardzo mnie to interesowało, poza tym, że chyba od takiej osoby należałoby oczekiwać i zrozumienia sytuacji i większych kompetencji. Nie komentowałam, bo szkoda czasu, kot dalej na drzewie, a za chwilę zrobi się ciemno i dojdzie kolejny pretekst, dlaczego nikt nic nie zrobi. Po godzinie dodzwaniania się, kiedy nadal nikt na posterunku nie odbierał (dziwne – co gdyby chodziło o poważne przestępstwo?), wsiadłam w samochód i pojechałam z Lutomierska do Łodzi uznając, że szybciej dojadę, niż się dodzwonię – taki ze mnie jasnowidz. Jak dojechałam, skądinąd bardzo sympatyczny pan policjant, był bardzo zdziwionym, że nie odbierał telefonu, bo tylko on był na dyżurce! No ale uzyskałam “konkretną” pomoc: dowiedziałam się, że pani ze Straży Miejskiej podała mi błędny komisariat, bo adres interwencji należy do innego komisariatu. Ot, taki drobiazg. Stracone dwie godziny: najpierw na próbę dodzwonienia się, a później na dojazd. No ale to przecież mój czas, nie jej: ja w przeciwieństwie do niej pracuję społecznie, więc pewnie mam dużo czasu.
Na kolejny komisariat dodzwoniłam się wprawdzie od razu, ale za to ponownie nic nie uzyskałam poza informacją, że to Straż Miejska zajmuje się sprawami dotyczącymi zwierząt. Pan Policjant lekko zirytowany (na szczęście postawą Straży Miejskiej nie moją) poinformował mnie, że on takich interwencji nie podejmują. Od razu też rozwiał moje złudzenia dotyczące bezpośredniego zwrócenia się do Straży Pożarnej, w której, jako ostatniej pokładałam nadzieję: bezpośredni numer do Straży Pożarnej 998 został zlikwidowany kilka lat wcześniej, na posterunek Straży (leżący skądinąd 3 minuty jazdy od kota na drzewie) nie ma nigdzie podanych numerów i cała interwencja musi odbywać się przez numer 112. No i tu zaczyna się najlepsza część całej historii! Pierwszy telefon pod 112 i usłyszałam, że “mam pod drzewem zostawić jedzenie i kota zanęcić”. Nie wiem, po co ja od kilku godzin wydzwaniam po wszystkich służbach, szkoda, ze wcześniej nie wpadłam na pomysł zadzwonienia do “pani specjalistki od łapania kotów”. Powiedziałam, najgrzeczniej, jak potrafię, że w takim razie bardzo serdecznie panią zapraszam pod drzewo, żeby nam skutecznie kota “zanęciła”. Co usłyszałam? “tak nie będziemy rozmawiać”! I pani, do której w końcu nie zadzwoniłam prywatnie, która jest w pracy i ma skutecznie organizować działania innych służb, obraziła się i rzuciła słuchawką. Profesjonalizm na najwyższym poziomie! No ale nie zrażam się, (bo nie mam wyjścia) w końcu numer 112, to jedyny, pod który teraz można się dodzwonić. Odbiera kolejna pani. Jak zaczynam opowiadać historię o kocie pani mówi: przecież Pani przed chwilą rozmawiała z moją koleżanką: “w czym jeszcze możemy pomóc”. No to mówię, że to chyba nadużycie mówić, w czym jeszcze możemy pomóc, skoro do tej pory w niczym nie pomogliście. Oj, też źle! Kolejna pani obrażona. Nie zrażam się, (bo nie mam wyjścia) i dzwonię kolejny raz prosząc o podanie bezpośredniego numeru do straży a pani na to, że “oni nie są książką telefoniczną”. No to proszę o połączenie mnie ze Strażą i co słyszę? Pewnie zgadniecie? “oni nie są centralą, żeby łączyć”. Gdyby nie było dramatycznie, byłoby zabawnie! Kolejna pani poinformowała mnie, że dzwonię na numer alarmowy i blokuję linię, a to jest linia ratująca życie! No po pierwsze ja przecież próbuje uratować życie (wprawdzie najwyraźniej mniej cenne) a po drugie, wszelkie moje próby zmierzające do uzyskania informacji, gdzie mam zadzwonić, żeby “nie blokować linii ratującej życie” nie przyniosły żadnego rezultatu. Ciekawe, jak mają uzyskać pomoc prywatne osoby, nie znające przepisów, będące w takiej sytuacji po raz pierwszy? Na ile starczy im determinacji i cierpliwości, żeby “błagać” o pomoc dla zwierzaka. No ale nic, nie zrażam się. Teraz to już nie tylko sprawa ratowania kota, ale i chęć sprawdzenia, czy jakiekolwiek służby, opłacane w końcu z naszych podatków, cokolwiek w tej sprawie zrobią. W międzyczasie pojawił się właściciel działki, więc nabrałam nadziei, że od teraz będzie już “z górki”. Więc po raz kolejny dzwonię do Straży Miejskiej. No i teraz okazuje się, że to właściciel ma zdjąć kota z drzewa, bo to jego posesja. No ale kot nadal nie jego! I powiedziałabym, że to dość odważna sugestia, bo nawet, jakby właściciel działki chciał spróbować wejść na drzewo i przy takiej próbie z tego drzewa spadł (właściciel działki, nie kot – kot, jakby w tej całej historii nikogo nie interesuje (nikogo ze służb, bo prywatne osoby, których przybywa, tak), to kto poniesie za to odpowiedzialność? W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak poprosić o połączenie z dyżurnym Straży Miejskiej. Pani przyjmująca zgłoszenie informuje mnie, że “zobaczy, czy będzie chciał ze mną rozmawiać”. To też fajna sytuacja! Że co proszę? Przecież ten człowiek jest w pracy! To nie jest prywatna osoba, która coś chce lub nie chce! No ale na moje szczęście chciał. Tyle tylko, że to rozmowa, jak wszystkie poprzednie: pracownicy Animal Patrolu nie chodzą po drzewach a poza tym i tak zaraz zrobi się ciemno, więc co najwyżej mogą przełożyć interwencję na jutro. A interwencja zgłaszana od samego rana!!! Miałam ochotę zapytać po co chcą przekładać na jutro, skoro i tak wygląda na to, że nic nie pomogą – zdalnie kota z drzewa nie zdejmą!
Tylko że tak mnie to już wszystko zmęczyło, że w końcu zapytałam pana dyżurnego, czy gdyby to on zgłaszał taką sytuację, to chciałby być potraktowany w taki sposób, w jaki oni traktują mieszkańców? I coś drgnęło, bo usłyszałam, że mogą przyjechać o 20:00. Na moje pytanie, co będą robić między 18:50, która była wtedy, a 20:00 usłyszałam, że kończy się jedna zmiana i dopiero, jak kolejna przejmie służbę, to może przyjadą. Ale są przecież inne interwencje. W międzyczasie właściciele działki, którzy przyjechali, sami zamontowali na kiju wiaderko z wodą, żeby kot siedzący na drzewie kolejny dzień nie zszedł z pragnienia — ich na szczęście nie obowiązywały procedury, więc mogli pomóc. Na miejsce też dojechał mój mąż, który w przeciwieństwie do pracowników Straży Miejskiej “chodzi po drzewach”, mimo słusznego już wieku, problemów z kręgosłupem i operacji kolana, którą jakiś czas temu przebył. Wspólnie z właścicielem działki próbował zdjąć kota, choć nie było to łatwe, bo drzewo miało bardzo dużo, gęstych gałęzi. A ja postanowiłam pojechać do pobliskiej jednostki Straży Pożarnej błagać o pomoc. I jak zwykle, najbardziej chętni do pomocy okazali się strażacy – za co im z całego serca dziękuję (jednostka z ul. Strażackiej z Łodzi). Ale i tu na drodze do pomocy stanęły procedury. Okazuje się, że strażacy nie mogą wyjechać na akcję, jeśli nie dostaną dyspozycji ze 112! I tak kółko się zamknęło! Panowie strażacy sami próbowali uzyskać taką dyspozycję i zadzwonili pod 112, ale też dowiedzieli się, że “mamy zostawić jedzenie pod drzewem, a jak to nie pomoże, to jutro zostanie podjęta decyzja”. Na szczęście, jak dojechałam ponownie na miejsce, kot dzięki działaniom prywatnych osób nie był już na drzewie. A mnie nachodzi refleksja, dlaczego prywatne osoby mogą więcej niż wyspecjalizowane, dysponujące specjalistycznym sprzętem i opłacane przez nas wszystkich służby. Bardzo to smutne, bo przecież nie zawsze znajdą się społecznicy. Na koniec zadzwoniłam jeszcze do pani ze Straży Miejskiej, żeby odwołać interwencję, bo nie chciałam, żeby tak zajęta służba traciła niepotrzebnie czas na dojazd. I tu niespodzianka: pani bardzo ucieszyła się, że kot jest już uwolniony. To miłe, no ale przecież nie dzięki Straży Miejskiej oddział Animal Patrol, który chyba od rana powinien w tej sprawie zadziałać, kiedy dzwoniła “zwykła” mieszkanka zgłaszająca interwencję.


Fundacja Azyl działa i pomaga dzięki Waszym darowiznom.
Wspieraj nas, abyśmy mogli dalej ratować zwierzęta.
BLIK 669 70 50 10
